Chapter 3: Wilsons Promontory

It’s time to hit the road again!
I’m leaving Polish-Australian history behind. My destination is Wilsons Promontory Marine National Park in Victoria. The road on the map looks pretty easy, approx. 250 km. Did I say easy? OK, we all know it wasn’t like that in practice.If it rains, it pours
First, on my way, that is literally on it, the asphalt has just… ended. Gone. Suddenly, no warnings, just like that, the dirt road started. That means, the speed of driving significantly decreased. Then, the dirt road happened to be closed, again – no warnings, just like that. Inevitable turnaround and a bit of “natural traffic” and here I am, 150 km later at the same point that I was 2 hours ago.

It was a series of unfortunate events
After all this, half of a day was gone and now I need to drive the furthest I can before it gets dark. Driving after dark in Australia, outside bigger cities, can be extremely dangerous because of the kangaroos jumping suddenly on the road in front of your car. If it happens, a kangaroo has no chances, your car has no chances and you may not have a chance either. So, that’s the rule: no driving at dusk or at night.

I stopped at Victoria’s Twin Peaks
That’s my first impression about the place I stopped at, Cann River. Quiet site in the middle of nowhere with unmanned caravan park and an old hotel building across the road. It’s getting dark, couple of lights are flickering in the woods, some dark silhouette is visible in a distance. The campsite sign says to make a payment and get the keys in the hotel. One thought crossed my mind. Should I go there and pay or just have a quick nap in the car and be out of here first thing in the early morning?

Insane!
I need to use the bathroom… Ok, payment made, keys in my pocket. There are a couple of cars in the caravan park but no people. Weird. The toilets and showers are a bit creepy. At least, this is what I think at that time, having no idea what awaits me later on…

The dawn has come and I’m gone!
I’m heading to Australia’s New Zealand. What? Oh yes, this is how some people call Wilsons Promontory Park because of its stunning nature so similar to Maoriland. But before that, I stop for a little while in Lakes Entrance to have a quick dip in a salty lake with some black swans. On my way, I spot beautiful eucalyptus trees in full blossom with striking colours, something I have never seen before. And also these quaint mailboxes…

Finally, Welcome to New Zealan
Untouched nature, secluded beaches, wildlife and breathtaking landscapes. Words are very unnecessary, enjoy the views…


Już czas znów wyruszyć w drogę!
Zostawiam polsko-australijską historię za mną. Moim celem jest Wilsons Promontory Marine National Park w stanie Wiktoria. Droga na mapie wygląda całkiem prosto, ok. 250 km. Powiedziałam prosto? OK, wiemy już, że tak nie było w praktyce.

Z deszczu pod rynnę
Najpierw, na mojej drodze, tj. dosłownie na niej skończył się asfalt. Całkiem. Nagle, bez ostrzeżeń, tak po prostu, zaczęła się droga żwirowa. To oznacza znaczne zwolnienie tempa jazdy. Potem, okazało się, że droga żwirowa jest zamknięta, znów – bez ostrzeżeń, tak po prostu. Nieunikniony zawrót i trochę “naturalnego ruchu” na drodze powrotnej, i jestem tutaj, 150 km później, w tym samym miejscu, w którym byłam 2 godziny temu.

Seria niefortunnych zdarzeń
Po tym wszystkim, pół dnia minęło i teraz muszę dojechać najdalej jak się da przed zapadnięciem zmroku. Jazda samochodem po zmierzchu w Australii, poza większymi miastami, jest bardzo niebezpieczna ze względu na kangury niespodziewanie wyskakujące na jezdnię. Jeśli tak się zdarzy, kangur nie ma szans, samochód nie ma szans i ty też możesz nie mieć żadnych szans. Więc reguła jest taka: nie ma żadnego jeżdżenia o zmierzchu czy w nocy.

Zatrzymałam się w Twin Peaks w Wiktorii
To moje pierwsze skojarzenie z miejscem, do którego dotarłam, Cann River. Cicha miejscowość pośrodku niczego z caravan parkiem bez obsługi i starym budynkiem hotelu po drugiej stronie drogi. Robi się ciemno, kilka świateł migocze pośród drzew, jakaś ciemna sylwetka widoczna jest w oddali. Znak na campingu mówi, żeby zapłacić za pobyt i odebrać klucze w hotelu. Przeszło mi przez myśl… czy powinnam pójść tam i zapłacić czy po prostu szybko się zdrzemnąć w samochodzie i uciekać stąd wczesnym rankiem?

Szaleństwo!
Przecież muszę wziąć prysznic i skorzystać z toalety… OK, zapłacone, klucze w kieszeni. Na campingu stoi kilka aut, ale nie widać żadnych ludzi. Dziwne. Prysznice i toalety trochę obskurne. A przynajmniej tak mi się wydaje w tamtym momencie, nie wiedząc co mnie wkrótce jeszcze czeka…

Nadszedł świt i już mnie nie ma!
Zmierzam do australijskiej Nowej Zelandii. Że co? A tak, tak właśnie niektórzy nazywają Park Narodowy Wilsons Promontory ze względu na jego niesamowicie piękną przyrodę, bardzo podobną do tej z Maoriland. Ale jeszcze zanim tam dotrę, zatrzymuję się na chwilę w miejscowości Lake Entrance, żeby zanurzyć się w słonym jeziorze z czarnymi łabędziami. Na mojej drodze, zauważam przepiękne drzewa eukaliptusowe kwitnące w pełni z uderzającymi kolorami! Coś czego nigdy wcześniej nie widziałam. I te osobliwe skrzynki pocztowe…

W końcu, witajcie w Nowej Zelandii
Nietknięta przyroda, odosobnione plaże, dzikie zwierzęta i zapierające dech w piersiach krajobrazy. Słowa są zbędne, cieszcie się widokami…

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.